Witam.
Chciałabym was zaprosić na rozdział 1 i przeprosić, że tak długo nic się nie pojawiało. Owy rozdział napisałam zaraz po prologu, tylko po prostu uznałam, że jest całkowicie badziewny. Mam nadzieje, że jakoś go przełkniecie i nie zaśniecie podczas czytania.. Na wszelki wypadek jednak zaopatrzcie się w jakąś miękką podusię.. XD
Byłabym wdzięczna za ostrą krytykę i wbijanie w asfalt.
I jak tutaj zachować chodź krztę normalności, kiedy otaczają mnie sami psychiczni zwolennicy czystej krwi? Zamknąłem oczy, wplątując dłonie w długie, gęste czarne włosy. Nie chciałem tego słuchać, nie chciałem w tym uczestniczyć. Byłem od nich zupełnie inny, nie należałem do tych fanatyków. Z dołu dobiegają głośne wrzaski i niemal psychiczny chichot, słychać, jak coś ciężkiego z wielkim hukiem spadło na ziemię. Chwilę później zdałem sobie sprawę, co to było, ściskając mocniej różdżkę w dłoni. Moje szare źrenice zatrzymały się na szparze pod drzwiami, która już po chwili wypełniła się ostrym, zielonym światłem, wypełniając cały mój pokój.
- Avada Kedavra! - blasku towarzyszył głośny wrzask, słowa wypowiadane przez moją matkę. Poczułem, jak coś ściska mnie w okolicy serca. Tam na dole, w salonie, właśnie zginęła bogom ducha winna szlama. Osoba, pochodząca z rodziny nie magicznej. Przeczesałem dłonią włosy, patrząc, jak światło opada i znika zupełnie. W całym domu zapanowała złowroga cisza, ciemność... Śmierć.
- Tępić szlamy! - Krzyk mojej matki wypełnił cały dom, zaraz potem usłyszałem złowrogi chichot i dźwięk przesuwanego mebla po podłodze. W tym wypadku... Martwego ciała.
Nie wytrzymam w tym domu ani sekundy dłużej. Zerwałem się z łóżka, w ciemnościach, po omacku natrafiając bladymi, chudymi palcami na walizkę. Wszystko spakowałem już parę dni temu, teraz musiałem tylko odnaleźć...
- Syyyyriusz! - podskoczyłem w miejscu, przenosząc wzrok na drzwi. Skrzypienie schodów dawało jasno do zrozumienia, że mam niewiele czasu.
- Lumos! - szepnąłem cicho, nakierowując różdżkę na jedną z szafek. Po chwili pokój wypełnił słaby blask, rozświetlając mi drogę.
- Syyriuszuuu!
Zagryzłem dolną wargę niemal do krwi, szukając w półkach z ubraniami mapy, którą schowałem tam ledwie dwa miesiące temu.
Mapy huncwotów, stworzonej przeze mnie i moich przyjaciół. Cokolwiek by się nie stało, nie mogłem jej tutaj zostawić. Skrzypienie było coraz głośniejsze... Szybkim ruchem wyrzuciłem z szafy jeden z swetrów, natrafiając dłonią na coś szorstkiego.
Jest! Wyciągnąłem ją, wpakowując do walizki, którą szybko zatrzasnąłem. Z różdżką w dłoni i torbą pod pachą, otworzyłem zardzewiałe okiennice, zrywając z fotela ciemny płaszcz przeciwdeszczowy. Szybko, szybko...
- SYYRIUUSZ!
Zgrabnym ruchem wskoczyłem na drewniany parapet, oceniając krytycznym okiem swoje szanse przeżycia. Czwarte piętro, a pode mną, oczywiście, masa chaszczy.
Skrzypienie schodów ustało, matka znalazła się już na korytarzu. Moje serce biło stanowczo za szybko, ruchy były kompletnie nieprzemyślane.
Klamka drgnęła, drzwi się uchyliły, a ja odepchnąłem się od parapetu i skoczyłem, pilnując, aby nic mi nie wypadło.
- Syriusz, czemu tutaj jest tak ciemno?!
Spadałem z zawrotną szybkością, gleba była coraz niżej.
- Syriusz?!
Upadłem na kolana, wstrząs uderzenia rzucił mnie do przodu, zahamowałem upadek rękami, odwracając głowę w stronę okna...
Światło było zapalone...
Głośny huk.
- TY TROLU!
Wstałem szybkim ruchem z ziemi, nie mając nawet czasu sprawdzić, czy nic mi nie jest. Chwyciłem wszystko co miałem i pędem ruszyłem do żywopłotu, który otaczał całą posesję.
- SYRIUSZ! ZATRZYMAJCIE GO! SYRIUSZ UCIEKA! - wrzask mojej matki, jej twarz w oknie i nienawistne spojrzenie. Nie miałem czasu się oglądać, miałem jednak dziwne przeczucie, że moja rodzicielka właśnie sięga po różdżkę.
Szybko, szybko, szybko.
Trzymając mocno płaszcz i walizkę pod pachą, różdżkę wsadziłem do kieszeni spodni i chwyciłem pędy żywopłotu, wdrapując się na niego z niemalże kocią sprawnością.
Wiecie, niektóre czynności można wyćwiczyć.
Kwestia przyzwyczajenia.
A akurat do szybkich ucieczek byłem przyzwyczajony znakomicie.
- Crucio! - moja matka wycelowała we mnie zaklęcie, a ja parsknąłem pod nosem, robiąc gwałtowny unik. Wypaliła pół żywopłotu, przez co runąłem gwałtownie w dół, w ostatniej chwili łapiąc się wystającego pnącza. - CO TAK STOICIE?! Złapcie go!
Grunt to rodzinka, prawda? Przerzuciłem walizkę i płaszcz na drugą stronę, po chwili przeskakujac również samemu. Rzuciłem ostatnie spojrzenie ku rozeźlonej matce, posyłając jej jeden z moich najpiękniejszych uśmieszków.
Zareagowała niemal natychmiast.
- Drętwota!
Co? Nie no, zaskoczyła mnie kompletnie. Myślałem, że rąbnie we mnie drugim zaklęciem niewybaczalnym, ale wiecie.. Ona lubi zachować tajemniczość. Zeskoczyłem z muru, a zaklęcie przeleciało tuż nad moją głową, paraliżując na amen wiewiórkę, która siedziała na jednej z gałęzi. Kiedy moje stopy zderzyły się z trawą, poczułem mocny ból w kostce, jednak wystarczył jeden krzyk matki i odgłos otwieranych drzwi, abym czym prędzej pobiegł w stronę lasu, kulejąc lekko na prawą nogę.
- SYRIUSZ! Chodź tu, albo zabije Cię jak psa!
Uwaga doprawdy na miejscu, szanowna pani matko.
Dlaczego, pytacie? Otóż już po chwili za pomocą zaklęcia zmniejszam i walizkę i płaszcz, a potem po prostu sobie znikam.
W miejscu gdzie stałem, natomiast, pojawia się duży, ładny pies o czarnej sierści i szarych, ludzkich źrenicach.
Uczucie przemienienia się w zwierzę jest doprawdy fascynujące, jednak chwilowo nie mam za grosz czasu się w nie zagłębiać. Chwyciłem walizkę i płaszcz w pysk, ruszając biegiem przed siebie i automatycznie omijając drzewa.
Kulałem oczywiście nadal, ale przynajmniej tylko na jedną łapę. Wiedziałem, że nie będą się zbyt daleko zapuszczać. Przeskoczyłem zwalony pień, biegnąc jak najszybciej na czterech łapach w stronę miasta. Zmysły zwierząt były niesamowite, widziałem, słyszałem i wyczuwałem o wiele więcej niż jako człowiek. Zdolność przeistaczania się w psa posiadłem rok temu, i pewnie gdyby McKocica się o tym dowiedziała, wstawiłaby mi W na koniec roku. Sztuka zamieniania się w animaga z pewnością nie należy do łatwych, jednak ja i James posiadaliśmy ją po trzech miesiącach nauki i prób, już w trzeciej klasie. Peter miał z tym nieco duże problemy, ale w końcu mu się udało. Może nie był jakoś wyjątkowo dużym zwierzęciem, ponieważ zamieniał się w szczura, ale jakie to miało znaczenie? Nie robiliśmy tego dla siebie, tylko dla Luniaczka. Remus Lupin, mój przyjaciel, w każdą pełnie przemieniał się w wilkołaka. Stworzenia te nie tolerują ludzi, a więc żeby mu towarzyszyć, musieliśmy zamieniać się w zwierzęta. Pewnie nauczylibyśmy się tego już na pierwszym roku, jednak za nim się zorientowaliśmy co jest grane...
Za nim wybiegłem z lasu na powrót stałem się sobą, zadziwiająco przystojnym Syriuszem Blackiem i okrywając się czarnym płaszczem, z walizką w dłoni powędrowałem w stronę dworca. Przede mną czwarty rok nauki w Hogwarcie, szkole magii i czarodziejstwa. W Hogwarcie są cztery różne domy, założone przez czterech największych magów tamtych czasów. Godryka Gryffindora, Salazara Slytherina, Roweny Ravenclaw oraz Helgi Haffelpuf. Każdy z nich stworzył dom, który ozwał swoim nazwiskiem. Cała moja rodzina od wieków trafiała do domu węża, tylko nie ja. Tiara przydzieliła mnie do Gryffindoru, ku wielkiemu zdziwieniu całego mojego klanu i mojej przeogromnej radości. Teraz musiałem tylko przeczekać gdzieś noc, a rano wejść do pociągu. Wszedłem na świecący pustkami dworzec, siadając na jednej z najbardziej oddalonych ławek. Była trzecia w nocy, otwierali o szóstej. Wyciągnąłem podręcznik do OPCM (Obrony Przed Czarną Magią), otwierając go na pierwszym zagadnieniu, które czekało nas w tym roku. Parsknąłem niepohamowanym śmiechem, wyobrażając sobie zszokowaną miną Luniaczka na widok mego wspaniałego oblicza z książką w dłoni. Nie wiem, czy zdążyłem się wam pochwalić, ale jestem wspaniały! Tak tak, po prostu boski! Zniewalająco przystojny, zadziwiająco inteligentny i wprost niebywale seksowny. Nie chodziła po tym świecie osoba tak idealna jak ja, powinni mi dać order Merlina za sam wygląd! I nie, ja wcale nie jestem próżny. Próżna, to jest nasza białowłosa księżniczka, powszechnie zwana Lucjuszem Malfoy'em. Ja po prostu znam swoją wartość.
- Młody człowieku... Proszę pana? Proszę się obudzić, już otwieramy! No doprawdy, czy ty nie masz domu!? Jeszcze by Cię ktoś okradł!
Iście brutalna pobudka. Uchyliłem prawą powiekę, zaszczycając nadzorcę peronu rozbawionym spojrzeniem. On natomiast na szczęśliwego nie wyglądał, był skwaszony i kompletnie nie w humorze.
Kiedy zasnąłem? Nie wiem... Prawda jest taka, że lektura podręczników zawsze niezwykle mnie nudziła. No chyba, że temat mnie zaciekawił.
- Dzień dobry. - przywitałem się z nim, chowając książkę do walizki, którą nastąpnie zamknąłem i chwyciłem do ręki, wstając z ławki. - Musiałem przysnąć.. Zatem otwieracie?
- Tak. Jeżeli nie masz domu, muszę powiadomić..
Ah, Ci mugole.
Nic, tylko sprawiają kłopoty. Szczególnie Ci z biurokracji.
- Mam dom. - powiadomiłem go z lekkim uśmieszkiem na twarzy. - I mam też pociąg, tak się złożyło, że dzisiaj.
- Dokąd? - jego podejrzliwe spojrzenie świadczyło samo za siebie. Typek kompletnie mi nie wierzył. Parsknąłem cichutko, poprawiając płaszcz.
- To chyba nie jest pana interes, prawda? - stwierdziłem z uroczym uśmiechem, a następnie wyminąłem go, idąc w stronę odpowiedniego peronu.
O dziwo, nawet mnie nie zatrzymał, wymamrotał coś o młodych bezdomnych i poszedł w zupełnie przeciwnym kierunku. Zatrzymałem się między dziewiątką, a dziesiątką, rozpędzając się i z całej pety przywalając w mur, przez który bez większych trudności przeleciałem. Pociągu jeszcze nie było, pozostały mi piękne trzy godziny.
No nic, poczekam... Poczytam, lub ewentualnie sobie pośpię.
Siedzę w dziesiątym przedziale w pociągu, z wyciągniętymi nogami i rękami pod głową, patrzę w stronę wejścia z huncwockim uśmiechem przyklejonym do twarzy.
Wolność to cudowne uczucie, uwierzcie.
A kiedy do środka wchodzi kompletnie rozczochrany gryfon o orzechowych, wesołych oczach, mój uśmiech jeszcze bardziej się powiększył.
- Witaj, Rogasiu. - przywitałem go, mrugając porozumiewawczo. James usiadł na przeciwko mnie, wrzucając kufer na górę, wyszczerzył łobuzersko zęby.
- Cześć, Łapo. Jak zwykle pierwszy, hm? - poprawił dłonią okulary, przechylając głowę w prawą stronę. - Znowu rodzina?
- Ta.. To i tak cud, że wytrzymałem tam całe wakacje. Następnym razem żywcem mnie nie wezmą. - oświadczyłem, aby po chwili krzyknąć radosne - Luniaczku!
Do przedziału wszedł bowiem niższy ode mnie i Jamesa gryfon, o miodowych włosach i oczach, oraz paroma bliznami na bladej twarzy. Rzucił walizkę na górę i usiadł obok Jima, posyłając mi lekki uśmiech.
- Cześć Syriusz, Cześć James. - przywitał się, wyciągając z torby... Podręcznik od transmutacji! Westchnąłem cierpiętniczo, przykładając dłoń do czoła.
- Luniek! Ty chyba nie chcesz tu teraz czytać!
Zdążyłem zauważyć, iż Luńkowi nieznacznie powiększył się uśmiech, gdy tylko wypowiedziałem te słowa.
- Owszem, Łapo, zamierzam. - na dowód swoich słów zanurzył nos w książce. Ja i Rogaś wymieniliśmy niedowierzające spojrzenia.
- Luniaczku...
- Tak, Łapo?
- Czy ty naprawdę wierzysz w to, że ja pozwolę Ci teraz czytać?
- Sugerujesz coś? - spojrzał na mnie rozbawiony znad książki.
- Nie skąd... Ja jedynie oświadczam, iż po dwóch miesiącach w domu wariatów, jestem iście znudzony i osamotniony. A co za tym idzie, Luniek... WON Z TYM PODRĘCZNIKIEM!
I z tym właśnie okrzykiem, siła wyższa, czyli ja, wyrwała mu podręcznik z dłoni i schowała za swoim własnym ciałem. Ha, co za poświęcenie!
James parsknął śmiechem, mierzwiąc i tak już rozczochrane włosy dłonią.
To taki jego nawyk, a raczej przyzwyczajenie, które nabył w chwili, gdy pierwszy raz ujrzał pewną rudowłosą Evansównę...
- Rogasiu.. Czy ja Ci wyglądam jak Evans? - zapytałem, mrużąc oczy. Podniósł obydwie brwi do góry, wyraźnie zaskoczony owym pytaniem.
- Ani trochę, Łapo.
- Uff... Ale powracając do pytania.. Skoro nie przypominam Ci Evans, po jakiego olbrzyma czochrasz te swoje kudły?
Potter wyszczerzył się łobuzersko, podobnie jak i ja przed chwilą.
- To przyzwyczajenie. Poza tym, nie pytałeś, czy Lunatyk przypomina mi Evans...
Luniek odsunął się od Jamesa najdalej jak to możliwe, po czym wszyscy troje wybuchliśmy głośnym śmiechem, który wypełnił, jak mniemam, cały pociąg.
- Luniek, chodź, zaplotę Ci warkoczyki, to się przekonamy! - zażartowałem, na co Rogacz zdzielił mnie dłonią w głowę.
- Evans nie nosi warkoczyków!
- Szczegół. - machnąłem lekceważąco ręką, i ledwie chwilę potem do przedziału wlazła niska kulka o mysich włosach, zwana przez nas jak i resztę świata Peterem, ewentualnie Petem lub Glizdogonem.
- Cześć Glizduś. - Jim wrzucił mu walizkę na górę, a Pettigrew zajął miejsce tuż obok mnie. - A tak pomijając temat rudowłosego bóstwa.. Jak wam minęły wakacje?
- Tragicznie, ale to chyba oczywiste. - odpowiedziałem bez chwili zastanowienia.
- Nie tak źle, ten mały pokoik, jak wy go nazywacie, wcale nie jest taki zły. - Remi uśmiechnął się leciutko.
Nie, skąd! Pokój, w którym mieści się zaledwie łóżko i małe biurko, wcale nie jest ciasny ani przytłaczający! Nie dla Luniaczka! Gdy ja i James oświadczyliśmy mu jaka jest prawda, odparł, że nawet tego nie zauważył.
- Byłem z rodzicami u wujków. - pochwalił się Pete, który każde wakacje spędzał w rodzinie mugoli.
- A tobie, Rogasiu? - zapytałem go, podpierając piękne lico na dłoni.
- Doskonale. - oświadczył tak jak zawsze Rogacz, znowu czochrając włosy.
- Odruch bezwarunkowy jak widzę. - skomentowałem to, na co on parsknął śmiechem.
Później ja i Rogacz zagłębiliśmy się w pasjonującą rozmowę o Quidditchu, Pete wcinał ciasteczka w samotności, a Remi - ku moim wielkim protestom - odebrał mi podręcznik i zaczął go czytać, jak gdyby nigdy nic. Potem do przedziału zawitała sprzedawczyni, waląc swoim stałym tekstem "coś z wózka kochaneczki?". James i ja wzięliśmy chyba cały worek czekoladowych żab i pięć paczek fasolek wszystkich smaków, Remi uprzejmie podziękował, a Pete.. Jak to Pete, wydał całe swoje oszczędności na pudełko ciasteczek.
No i kiedy Jim wgryzł się w fasolkę i zaraz ja wypluł prosto na buty Luńka, krzycząc z obrzydzeniem, że natrafił na esencję z Malfoya, poczułem się jak w domu.
Miałam zamiar wysilić się i napisać coś konstruktywnego, ale zostanę przy słowach "podoba mi się". Weny.
OdpowiedzUsuń26 yr old Structural Engineer Janaye Terbeck, hailing from Haliburton enjoys watching movies like "Hound of the Baskervilles, The" and Knapping. Took a trip to Mana Pools National Park and drives a Ferrari 250 SWB California Spider. Wiecej wskazowek
OdpowiedzUsuńadwokat rzeszow sprawy rozwodowe
OdpowiedzUsuń